Mam na imię Beata i nie potrafię się nudzić. Każdą wolną chwilę wykorzystuję na rozwijanie moich pasji. Na tych stronach pragnę pokazać to co własnoręcznie wykonałam. Zachęcam do oglądania i komentowania.
RSS
sobota, 19 maja 2012
Dorosłość?

Czy ktoś ma sposób na zatrzymanie czasu? Nie to, żebym się starzała, czy coś takiego. Bardziej chodzi o gubienie dni. Jest poniedziałek rano, a za chwilę środa wieczorem. Parę dni temu były święta Wielkanocne i jakimś cudem przemknął boczkiem weekend majowy. W dodatku tak niezauważenie,  że nie mogę sobie przypomnieć co się wtedy działo. Tydzień temu odwiedziła mnie koleżanka z podstawówki i co się okazuje? Ostatni raz widziałam ją siedemnaście, czy osiemnaście lat temu.

Z człowiekiem tak już jest, że rozumie pewne sprawy dopiero kiedy je przeżyje. Nasze dzieci nie potrafią przyjąć do wiadomości, że my wciąż jesteśmy młodzi. Pamiętam, ja też myślałam to samo, gdy moi rodzice kończyli po czterdzieści lat.  Większość dorosłych sama jest sobie winna. Trudno przekonywać dziecko, że czuję się młodo i tłumaczyć, że czegoś mi nie wypada. A jak ja mówię, że mi wszystko wypada, to patrzą na mnie jak na idiotkę. No i zaraz zgorszenie, bo goniłam się z dziećmi pod stołem. A ja po pięćdziesiątce na pewno wejdę jeszcze na drzewo. A po sześćdziesiątce będę się gonić z wnukami pod stołem.

No dobra koniec przerwy. Przygotowuję koleżance żarełko na przyjęcie. Muszę wracać do pracy.

Serwetka o średnicy 45cm.

 

308



czwartek, 17 maja 2012
Mały artysta

Mój niespełna sześcioletni bratanek ma jak się okazuje niezwykłe zdolności plastyczne. Jakiś czas temu bratowa zadzwoniła do mnie z nietypową prośbą. Jej synek został wytypowany do konkursu logopedycznego. Zadanie jakie miał wykonać to rysunek przedstawiający nową przygodę Misia Uszatka i zadanie dla dorosłych – ułożyć wierszyk zawierający słowa problemowe. Najpierw działałam na sucho i wyszło mi coś takiego:

Miś Uszatek zuch na schwał

Stwierdził: „ Wnet wyruszę w dal.

Dosyć przygód na podwórku,

Czas obejrzeć sobie chmurki.”

Z przyjaciółmi się naradził,

No i pomysł w czyn wprowadził.

 

Pośród gąszczy w starym pniu

Chrząszcz z dżdżownicą śpią na mchu.

Cicho, sennie pośród chaszczy,

Nagle słychać – ktoś coś taszczy.

Dzięcioł z chęcią z dziupli zerka,

Bo bezpieczny w szczycie świerku.

 

Na polankę niczym po szynach

Wjeżdża na taczce straszna maszyna.

Kruczek ją trzyma, Uszatek pcha

Ogromna jest raczej maszyna ta.

Nic to dziwnego, przecież do chmur

Ma dotrzeć wielki ten oto stwór.

 

Trzy przepiórzyce wyjrzały zza krzaczka

I prawie wpadły pod nogi Prosiaczka.

Wszystkie stworzonka w chaszczach ożyły,

Bo świadkiem takiej wyprawy nie były.

Zajączek łapką z rakiety macha,

Choć przed wyprawą miał jeszcze stracha.

 

Niestety okazało się, że dziecko w tym wieku niekoniecznie potrafi wymówić każdą kombinację słów. Bratowa przesłała mi słowa, które M. ćwiczył z logopedą. Kolejny wierszyk wyszedł mi tak :

 

Miś Uszatek wpadł na myśl,
Aby w kosmos ruszyć dziś.
Z przyjaciółmi zaplanował
I maszynę wnet zbudował

Rakieta już jest, na zapasy pora
Zakupy zrobione u pana Kaczora
Gulasz przepyszny, groszku puszek kilka,
A na osłodę czekolada Milka

Zajączek już pierwszy za sterami siedzi
Kruczek mu daje mądre podpowiedzi.
Jeszcze koszyk gruszek w ostatniej chwili
Prosiaczek z Uszatkiem na pokład wrzucili

Na polance dzieci gromadka
Chce pożegnać misia Uszatka
"Do widzenia przyjacielu, już tęsknimy za tobą
Czekamy, aż opowiesz nam nową przygodę".

A oto całość razem z arcydziełem namalowanym przez M.

 

306

 

I jak wam się podoba? Ma chłopak talent, prawda? Pięć i pół roku i nie dość,że potrafi tak fajnie dobierać kolory to jeszcze każda z postaci jest podobna do zwierzaka jakiego przedstawia. Może przemawia przeze mnie duma, ale naprawdę nie każde dziecko w tym wieku tak ładnie maluje. Wiem, bo już od lat pracuję z małymi dziećmi. A dzieci uwielbiają malować... zwłaszcza tam gdzie nie powinny:)

Nooo i moje skromne wypociny o średnicy 46cm, a w kolorze ciemnego brązu.

 

307



wtorek, 15 maja 2012
Rozczulona

Brakowało mi odwiedzin na blogach tak bardzo, a ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero, gdy zaczęłam przeglądać stronki. Mam z dziesięć pomysłów na robótki (takich nie cierpiących zwłoki), ze dwadzieścia przepisów na ciasta i przynajmniej tyle samo na ciekawe potrawy. Jak ja przeżyłam te trzy miesiące, sama nie wiem.

Znowu obiecałam sobie regularność w odwiedzaniu Was i oczywiście pisaniu u siebie. Mam trochę robótek do wrzucenia, chociaż jak zwykle nie zawsze myślałam o fotkach. W tej sprawie muszę się właśnie skontaktować ze znajomą, dla której wnuczki robiłam trzy sweterki. Niestety w tej gonitwie oczywiście zdjęć nie zrobiłam i nie mogę tego przeżyć. Zawsze sobie powtarzam, że nawet jeżeli przypomni mi się w ostatniej chwili, to mogę zrobić telefonem. Niestety tak jak w tym przypadku,  nawet nie przyszło mi do głowy, że o czymś zapomniałam.

Dziękuję Wam wszystkim za zainteresowanie moim zdrowiem. Wiem, że przesadziłam i oczywiście się poprawię. Justynko, rozumiem, że odzywa się już w Tobie MATKA, ale za lanie podziękuję, obejdzie się:) . A tak w temacie, to kiedy ma nastąpić ta wspaniała chwila?

Droga  Urszulo97 wchodziłam na  mojego bloga z kilku komputerów i było ok. Nie wiem czemu ciężko Ci się otwiera. Było tak częściej, czy tylko ostatnio? Ja np. nie mogłam dodać komentarzy na kilku blogach, ponieważ wyskakiwały błędy, albo pisało, że nastąpiła awaria strony. Mam nadzieję, że to tylko przejściowe.

Pozdrowionka dla wszystkich.

A oto serwetka o wymiarach 75 na 47cm.

 

305



niedziela, 13 maja 2012
Wracam

No i nie dałam rady.

Przeholowałam z nadmiarem pracy i odbiło się to na moim zdrowiu. Tak więc nie polecam takich zachowań.

Od czego zacząć? Oczywiście najpierw Wielkanoc. Miałam zamówienia na koszyki, chlebek piekę już codziennie i podjęłam się przerobić świniaka. Był bigos, biała, kaszanki, salcesony, pasztety, mielonki, boczki, pieczenie i jeszcze masę innych produktów. Oczywiście wszystko nocami, bo w dzień praca po dziewięć godzin dziennie. Najgorsze były noce ze środy na czwartek, bo wtedy dochodziło najwięcej bochenków chleba. Jeden tydzień skończył się „tylko” utratą przytomności. Niestety upadłam w łazience i zaliczyłam głową brodzik, i prawdopodobnie pralkę. Najgorsze w tym było to, że kiedy mąż mnie docucił miałam wszystko głęboko. Czułam się jakby mnie bez sensu budził z jakiegoś bardzo głębokiego snu i chciałam, aby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że nie leżę w łóżku, że moje osłabienie jest nienaturalne i co gorsza nie pozwala mi mówić, a w dodatku cholernie boli mnie głowa, przeraziłam się nie na żarty. Chociaż po chwili odzyskałam mowę, to jednak nie mogłam chodzić. Stwierdziłam, że to niezła nauczka i muszę przystopować… . Następną noc ze środy na czwartek spędziłam w szpitalu podłączona do kroplówek z potasem, magnezem i innymi mieszankami, które miały postawić mnie na nogi. Dlaczego? Dlatego, że pogotowie zabrało mnie przemęczoną, z objawami z poprzedniego tygodnia. Następnego dnia okazało się, że mam jeszcze zapalenie oskrzeli i dostałam antybiotyk. Oczywiście do pracy chodziłam, chociaż w domu trochę zwolniłam. Skończyła leki piątego kwietnia, a dziewiątego , czyli w lany poniedziałek wylądowałam na pogotowiu z zapaleniem oskrzeli i krtani jednocześnie. Wiedziałam, że jest źle już od siódmego, ale myślałam, że wystarczy odespać. Kuracja trwała dwa tygodnie, a kaszel kolejne dwa. Jeszcze nie skończyłam kaszleć, gdy złapało mnie jeszcze coś. Cieszyłam się na wolny weekend, tym bardziej, że miałam mieć laby od 28 kwietnia do szóstego maja. Niestety mam dyskopatię i choć znając wszelkie zasady staram się uważać, to jednak z racji przemęczenia mój organizm postanowił sam sobie wyegzekwować odpoczynek. Tak więc, tak na wszelki wypadek już 27 kwietnia, wypadł mi dysk. Cały cholerny tydzień przeleżałam nie mogąc wziąć się nawet za robótki. Mogłam ten czas oczywiście wykorzystać na czytanie, ale ze złości dostałam takiego doła, że nie mogłam się skupić na książce. Najbardziej było mi żal, że tyle sobie zaplanowałam i nic z tego nie mogłam wykonać. W piątek minął już drugi tydzień mojego cierpienia, ale jest już dużo lepiej. Chociaż ciężko mi się wyprostować po wstaniu z krzesła, czy rano z łóżka, to jednak chodzę.  

Nie mogę sobie poradzić z tym, że nagle z osoby pełnej wigoru musiałam stać się powolna i ociężała. Kurcze ostatnio miałam to w ciąży. Tak niestety mamy, że myślimy o sobie – niezniszczalni. Dopiero w takich sytuacjach jak moja okazuje się, że to nie jest do końca prawda i moja wytrzymałość z przed jeszcze dziesięciu lat odeszła już w zapomnienie.

Dziewczyny, koło czterdziestki jednak coś się zmienia… trzeba zacząć się wysypiaćJ . Poprawia to urodę (widać człowiekowi oczy)i dodaje sił. No i polecam zieloną herbatkę, albo mate (taka mocniejsza daje niezłego kopa). A wtedy łatwiej wejść na obroty.

A to serwetka o średnicy 38 cm, bo jednak bez robótek żyć nie mogłam.



303

środa, 25 stycznia 2012
Świątecznie po świętach

Wszędzie na blogach ciepło, czapkowo, szalikowo, to i za oknem musiało zaśnieżyć. W końcu!!! Chociaż może nie mam się z czego cieszyć, bo zanim dla moich maleństw zaczną się ferie… śniegu może zabraknąć.
No trochę mnie nie było. Zdołowałam się wszystkim po kolei. Brak pracy, egzaminy, których ostatecznie nie zdałam. No może nie tak do końca. Zdałam ze wszystkiego oprócz matematyki i fizyki. Przyjaciele i rodzina pocieszali mnie gratulując zdania pozostałych dziewięciu. No, ale to jednak nie to samo. Mąż pracował dorywczo do końca grudnia i jakoś święta minęły, ale to też nie to samo, co święta bez stresu.
Ale już mi przeszło. Na kłopoty trzeba znaleźć  sposób, albo przejść nad nimi do porządku dziennego. Polecam pierwszy sposób, bo drugi nie gwarantuje poprawy zdrowia psychicznego.
Mój synuś miał drobne problemy ze zdrowiem, a dokładnie z cholesterolem. Oczywiście lekarze zaraz stwierdzili, że to błędy żywieniowe. Zastanowiło mnie to, ponieważ słodycze od zawsze wydzielam u mnie w domu, chipsy kupuję raz w miesiącu, a do szkoły syn pieniędzy nie dostaje. Colę też pija mniej więcej raz na dwa tygodnie i pod wydział. Tak więc oskarżona o odżywianie dziecka śmieciowym żarciem, wypowiedziałam wojnę jednakowemu traktowaniu ludzi przez lekarzy. No i wyszło na moje. Trzeba się było przyjrzeć samemu problemowi pobierania krwi, a następnie już z własnej inicjatywy to badanie powtórzyć. Problem był, ponieważ moje dzieciątko jak każdy facet ( nie tylko czternastoletni ), nie lubi igieł. Jedna pielęgniarka nie mogła znaleźć żyły, zawołała drugą. Druga pielęgniarka nie mogła znaleźć żyły, wysłała nas do Miejskiej Przychodni Specjalistycznej. Pojechaliśmy. W punkcie pobierania krwi, pielęgniarka nie znalazła u synusia żyły, więc wysłała nas do laboratorium. W laboratorium ani jedna pani pielęgniarka, ani druga nie znalazła żyły, więc wezwały szefową. Szefowa stwierdziła, że żyły nie wyczuwa, ale będzie celować na oko. To przeżycie spowodowało, że cholesterol mojego dziecka wynosił prawie dwieście miligramy na decylitr. Stres jak wiemy potrafi zwiększyć poziom cholesterolu. Tak więc okazuje się, że mojemu dziecku nic nie jest, jeżeli tylko pobieranie krwi nie trwa dwie godziny, jak w sytuacji którą opisałam. Co dobrego wyszło z paniki o zdrowie dziecka? Zaczęłam sama piec chleb. Pięć rodzajów, aby każdy był zadowolony: pełnoziarnisty, pszenno – żytni ( trzy rodzaje ) i tostowy. Już raczej kupnego nie będziemy jedli. Szybko się przyzwyczailiśmy i nikt nie narzeka. Ja nie mam problemu z wzdęciami, ani załatwianiem się, dzieci mają więcej energii, a i okazało się, że kilkoro znajomych chce go ode mnie kupować.
Jako, że tak długo mnie nie było, to nie wstawiłam moich wszystkich ozdób świątecznych. No i niektórych nie wstawię, bo ich już nie mam. Wrzucam dzisiaj trochę w nieładzie, bo wszystko naraz.

 

283

 

285

 

288

 

292

 

297

 

298

 

A tak wyglądała moja choinka udekorowana pozostałościami. Wszystkie bombki oczywiście robiłam w czterech kolorach. Widać to niestety tylko na ostatnich zdjęciach. Reszta kolorowych ozdób, cała masa gwiazdek, choinki i aniołki dekorowały choinki "w świecie".

 

300

 

302

 

Do miłego.Pa pa

poniedziałek, 21 listopada 2011
Skarpetki dla córeczki

Chwila dla mnie, więc piszę. Niestety wieczorem nie mam szans na wciśnięcie się na kompa. Trochę nowości mam do wrzucenia, ale niestety nie w tej chwili. Po pierwsze cięęężko mi się wykańcza wszystko co zrobiłam (muszę pozszywać bluzeczkę, której pozazdrościłam Wiki). Po drugie mam tak kiepski dostęp do światła słonecznego o tej porze roku, że jeszcze cięęężej robi mi się zdjęcia (nowe wydanie starego wzoru). Po trzecie jak siadam to muszę trochę czasu przy komputerze spędzić i moje wczorajsze siedzenie już się pewnej osobie nie podobało. Bo osoba też musiała usiąść . Ach faceci, faceci... gorzej niż dzieci.

A pogoda barowa, czyli taka jaką uwielbiam... jeśli mogę pospać.

Poszłam dziś w odstawkę. Mój synuś zabronił mi czekać z nim na autokar (pojechał sobie do Gniezna, do fabryki bombek). Potrzebna mu byłam tylko w aptece, bo już w sklepie odbyliśmy dyskusję czy pojedzie na następną wycieczkę jeśli zapakuje do koszyka prowiant przez siebie wybrany czy nie. Po długiej debacie doszliśmy do porozumienia i dwie bułki też były, a czekolada i 7days wróciły na półki. Kompromisem były batoniki miętowe, a co do paczki bułeczek maślanych zgodziliśmy się oboje. Tak tak zawód matki to połączenie wszystkich zawodów świata. Czasem trzeba być też negocjatorem.

No to chwila już się skończyła. Właściwie skończyła się piętnaście minut temu, ale musiałam wrócić aby zakończyć te wypociny i dodać fotkę. Pozdrawiam. Dziękuję za komentarze i maile. Dla osób które chcą do mnie napisać, a wciąż nie znalazły maila - jest na każdym zdjęciu.

Pa pa

 

250

niedziela, 20 listopada 2011
Bombki

Biały obrus lśni na stole,
pod obrusem siano.
płoną świeczki na choince
co tu przyszła na noc.

Na talerzach kluski z makiem,
karp jak księżyc srebrny
zasiadają wokół stołu
dziadek z babcią krewni.

Już się z sobą podzielili
opłatkiem rodzice,
już złożyli wszyscy wszystkim
moc serdecznych życzeń.

Kiedy mama się dzieliła
ze mną tym opłatkiem
miała w oczach łzę widziałem
otarła ukradkiem.

Nie wiem, co też mama chciała
szepnąć mi do ucha:
bym na drzewach nie darł spodni,
pani w szkole słuchał...

Niedojrzałych jabłek nie jadł,
butów tak nie brudził...
Nagle słyszę, mama szepce:
bądź dobry dla ludzi.



Pamiętacie wiersz Tadeusza Kubiaka "Wieczór wigilijny"? Wiersz coraz bardziej na czasie. No nie wszyscy mogą pamiętać. Kiedy ja chodziłam do szkoły uczyliśmy się go, ale moje dzieci uczą się innych wierszy. A ja... zawsze mam łzy w oczach, kiedy słyszę te słowa. Tak skubany na mnie działa. Nie tylko on zresztą. No właśnie jedną z moich wad jest to, że płaczę z byle powodu. I nie chodzi tu absolutnie o oglądanie jakichś wyciskaczy łez. Aż tak wiele mi nie trzeba. Wystarczy jakieś sentymentalne wspomnienie, albo i nawet nie. Chore dziecko, wspomnienie, piosenka, melodramat lub "Janko Muzykant" - nowelka, nad którą płakałam już ze sto razy, czyli tyle ile ją czytałam. Albo "Przedostatnie marzenie", które napisała Angela Becerra. Książka magiczna czy nie (różne opinie czytałam), ale dzięki niej łatwiej wierzę w to, że zawsze warto mieć nadzieję i to czego pragniemy może się spełnić. Musi się spełnić i spełni, jeśli tylko bardzo będziemy tego pragnąć. Każde z nas ma takie marzenie.

Dorzucam kolejne bombki. Największy problem jak zwykle z jakością zdjęcia. Z tego też powodu na początek wrzucam fotkę z kolorem. Tak więc autentyczną barwę bombek widzimy na ostatnich egzemplarzach zamieszczonych z tyłu kolekcji. Prawda, że ładnie to napisałam? No dobra koniec przechwalania. A co do gwiazdek, robię je zależnie od wzoru piętnaście do trzydziestu minut. Najdłużej schną po usztywnieniu. Tak gwiazdki jak i bombki usztywniam na cukier. Próbowałam krochmalem, ale jak przy koszykach - nie sprawdził się. Przy napinaniu gwiazdek trzeba uważać na szpilki, bo łatwo zardzewić gwiazdkę. Nie to żebym miała jakieś archaiczne szpilki. Po prostu przy takiej ilości usztywnianych prac (samych gwiazdek po kilka sztuk jednego wzoru) jakie wykonuje przez cały rok bardzo łatwo o zniszczenie. No i chciałam uzupełnić braki, więc kupiłam (aby było taniej) chińskie szpilki. W zasadzie pani w pasmanterii takie mi podała, a ja nie zaprotestowałam. No i porażka. Szpilki jakieś takie poorane, niby wyglądają normalnie, ale rdzewieją od nich mokre ozdoby. Nie da rady. Muszę je zostawić do szycia, a do ozdóbek kupić nowe - DOBRE BO POLSKIE.

Wracając do jakości zdjęć. Robiłam fotki już kilkakrotnie i wszystkie niestety wyrzucałam i dlatego teraz mogę jedynie przeprosić za złą jakość, ale już kolejnego podejścia nie zrobię. O tej porze roku nie mam światła słonecznego w domu, a jeśli już to nie ma mnie lub nawet nie zdążę się zakręcić zanim ono zniknie. Druga sprawa to wymiary z powodu których stwierdziłam, że moja dłoń posłuży za miarkę. 

Życzę wiary w spełnienie marzeń.

 

251

 

Bombka nr 7

 

252

 

253

 

 Bombka nr 8

 

254

 

255

 

Bombka nr 9

 

256

 

257

 

Bombka nr 10

 

258

 

259

 

 Bombka nr 11

 

260

 

261

 

Bombka nr 12

 

262

 

263

 

 Bombka nr 13

 

264

 

265

 

Bombka nr 14

 

266

 

267

 

Bombka nr 15

 

268

 

269

 

Bombka nr 16

 

270

 

271

 

 Bombka nr 17

 

272

 

273

 

Bombka nr 18

 

274

 

275

 

Bombka nr 19

 

276

 

277

 

Bombka nr 20

 

278

 

279

 

środa, 16 listopada 2011
Złapałam chwilę

Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew,
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew.
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słońca,
Pociemniało,poszarzało,
Jesień, jesień- jak to tak?



Ref.Jesień, jesień,

jesień- jak to tak?

Naprawdę? Tak, tak, jak najbardziej. Piękna, kolorowa. Do zaszłego tygodnia wszędzie wokół, ale teraz już tylko pod stopami, bo liście z drzew pospadały. Przynajmniej na moim osiedlu.

A w domu zimowo. Bąbki suszą się na nitkach, gwiazdki zaśnieżyłymi pół kuchni. Nooo do kuchni, to lepiej mi teraz nie wchodzić. Nasz kotek już się dowiedział, że pani jest bardzo, ale to bardzo niezadowolona, kiedy ktoś zaczyna boksować te kulki na sznureczkach.

Mam niesamowite tyły, jeśli chodzi o nowe wpisy. Wciąż powtarzam sobie, że dziś nadrobię, ale kończy się tylko na obietnicach. Jednak z czasem taki czas przychodzi i znajduję tę chwilę.

No a co do spotkania z gronem pedagogicznym w szkole mojego syna. Ogólnie było w porządku. Chociaż  w trakcie pani dyrektor wciąż popędzała nauczycieli, którzy bardziej się rozwodzili na jakiś temat. Mogłam się wypowiedzieć przynajmniej co do spraw organizacyjnych, a w zasadzie na tym mi zależało, bo od dobrej organizacji zależy to czy mój syn skorzysta na lekcjach. No i potwierdziło się to, co zauważyłam wcześniej. Pani pedagog w tej szkole jest beznadziejna. Z pozostałych dwóch pań terapeutek, jedna niewiele się wypowiadała, ale ona nie ma do czynienia z moim dzieckiem. Natomiast pani, która prowadzi z synem zajęcia korekcyjno – kompensacyjne jest ok.

Z kilkoma nauczycielami rozmawiałam jeszcze na konsultacjach, które rozpoczęły się pół godziny później. No i na chwilę obecną jestem zadowolona. Moje maleństwo zostało przesadzone do pierwszej ławki. Ja sprawdziłam osobiście, że nauczyciele zapoznali się z opinią (a ci którzy się nie zapoznali mieli okazję dowiedzieć się o co chodzi z rozmowy). Wele razy już spotykałam się z twierdzeniem, że to nie jest możliwe, aby po kilku sekundach nie pamiętać co się usłyszało. Niestety tak jest w przypadku dzieci nadpobudliwych. A najbardziej przeraża fakt, że takie zachowanie wciąż potrafi dziwić nauczycieli, którzy są przecież odpowiednio  przeszkoleni. I jak tu wymagać od dziecka, skoro nauczyciel nie potrafi zrozumieć, a tym bardzie docenić wysilku jaki to dziecko musi włożyć w nauczenie się nawet najprostrzej formułki.

No dobrze na więcej nie mam dziś czasu. Dodaję kolejne gwiazdki na choinkę.

Pozdrowionka i życzenia dobrej, spokojnej nocy.

 

200

 

201

 

202

 

203

 

204

 

205

 

206

 

207

 

208

 

209

 

210

 

211

 

212

 

213

 

214

 

215

 

216

 

217



piątek, 04 listopada 2011
Gwiazdki

Na dworze mgła, ja chora, nie mam siły. Sytuacja też przytłaczająca, bo z kasą ciężko. Żadna z firm antymobbingowych do których rozesłałam pismo z prośbą o pomoc, nawet nie raczyła się odezwać. Wyjdzie na to, że jednak sama będę musiała sobie poradzić ze sprawą w sądzie.

Mam nadzieję, że choroba przejdzie mi do poniedziałku, ponieważ mam spotkanie " zespołu dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi ". W dodatku wywalczone. W szkole mojego syna stwierdzono, że lepiej nie informować za dużo rodziców i samemu zająć się pomocą dzieciom z problemami. Mój synuś ma stwierdzoną nadpobudliwość psychoruchową . Co my się nacierpieliśmy przez lata jego edukacji, napracowaliśmy, nawalczyliśmy z niekompetentnymi nauczycielami nikt nie zliczy. I w tym momencie wkurzające jest to, że pani dyrektor każe zaufać szkole i pozostawić nauczycielom wybór pomocy udzielanej dziecku. Jaka to jest pomoc, pytam, jeżeli przy odpowiedzi, mój syn jest popędzany? Przecież w opinii, dokładnie w zaleceniach dla szkoły, jest wyraźnie napisane, że nie wolno tego robić, ponieważ w sytuacji stresowej on zaraz wszystko zapomina. Jedna z nauczycielek była bardzo dobrze poinformowana o wszystkich problemach dzieci nadpobudliwych, ale dam sobie rękę uciąć, że dopiero chwilę przed rozmową ze mną dowiedziała się od pani pedagog, że mój syn ma taki sam problem. Do końca września powinnam dostać wezwanie na takie spotkanie jakie odbędzie się w poniedziałek. Skoro go nie dostałam, poszłam do pani pedagog i od razu miałam wrażenie, że wprawiłam ją w zdziwienie znajomością przepisów. Jakiś czas później dostałam powiadomienie o zebraniu dla rodziców dzieci z problemami. Na tymże zebraniu pani dyrektor opowiadała o postanowieniu pani minister. Dla mnie to była strata czasu i mydlenie oczu, ponieważ ja właśnie z powody nie przestrzegania przez szkołę tych postanowień dopominałam się o uwagę. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Notowałam i zapamiętywałam. Mam teraz jaśniejszy obraz sytuacji w szkole i wiem jak się przygotować.

Nie jestem aż taka mściwa jak by się wydawało po przeczytaniu tego co napisałam. Nauczyciele mają prawo się na mnie obrazić, ale tylko wtedy, gdy są niekompetentni. Znam mnóstwo nauczycieli, którzy chcieli pomagać mojemu dziecku i mi. Nawet tacy, którzy informują mnie do dziś o zmianach w przepisach, abym nie dała się przegadać. Mam koleżanki i kolegów, którzy sami będąc nauczycielami, na co dzień są świadkami bezczelnego zachowania nauczycieli, którym nie chce się pracować zgodnie z wytycznymi, którym nauczyciel podlega jako osoba kształcąca młode umysły i kształtująca charakter przyszłego obywatela. Rozumiem, że nauczyciele są zestresowani, że młodzież wchodzi czasem na głowę, ale każdy musi się do swojego zawodu nadawać. Łatwo powiedzieć, że młodzież jest najgorsza, ponieważ włożyła nauczycielowi śmietnik na głowę, ale nikt nie powie, że ten człowiek nie miał do młodzieży podejścia, a tym bardziej nie umiał z nimi pracować. To tak samo jak z lekarzem, który popełnił błąd za który ktoś zapłacił życiem. I z każdym zawodem świata. Nie wezwę drugi raz hydraulika, który przy pracy zalał mi kuchnię i naświnił tak, ze sprzątałam po nim cały dzień. Nie dam drugi raz naprawiać samochodu mechanikowi, który jak się okazało skasował mnie za czynności, których nie wykonał. Więc dlaczego mam pozwolić aby nauczyciele zakrzykiwali mnie starając się udowodnić, że znają moje dziecko lepiej ode mnie i mając trzydziestu uczniów zdiagnozowali go lepiej od psychologa i pedagoga, którzy poświęcali mu indywidualnie czas przez dwa dni po cztery godziny w przyjaznej atmosferze.

Co do super nauczycieli. Wychowawczyni mojej córki. Ta kobieta zaskakuje niesamowicie. Jest takim nauczycielem jakiego powinno się stawiać za przykład. Nikt jej na głowę nie wejdzie. Ani z jej klasy, ani z tych w których tylko uczy. Kiedyś byłam w szkole i dowiedziawszy się, że ona również jest poszłam porozmawiać. Ni stąd ni zowąd poinformowała mnie, że moja córka ma chłopaka. Odparłam, że wiem. Pytanie skąd ona wiedziała? Zaznaczam, że to był sierpień. Moja córka spotykała się z chłopakiem od lipca, chyba od połowy. Nie jest to jedyna taka sprawa, bo wychowawczyni co jakiś czas zaskakuje i rodziców i swoją klasę bardzo dobrą znajomością ważniejszych wydarzeń między uczniowskich. 

No dobrze. Wyżalona, zmotywowana, mogę zabierać się za jakieś zajęcie. 

Wrzucam gwiazdki choinowe

Gwiazdka nr 1

 

164

 

Gwiazdka nr 2

 

165

 

Gwiazdka nr 3

 

166

 

Gwiazdka nr 4

 

167

 

Gwiazdka nr 5

 

168

 

Gwiazdka nr 6

 

169

 

Na koniec pozdrowionka cieplutkie i kolorowe jak liście, które jeszcze częściowo pozostały na drzewach.

czwartek, 03 listopada 2011
Walka trwa

Jeszcze nie wygrałam. Temperatura wraca, z nosa cieknie a kaszel słyszą już sąsiedzi.

Przedłużyłam sobie zdrowienie do jutra. Niestety z robótkowania nici, bo spocone ręce nie chcą współgrać z włóczką. Ale za to nadrabiam z czytaniem. Niedawno przeczytałam na brulion be.el. że

„Człowiek musi czasem chorować.

Chociażby po to, żeby poczytać.”

Akutagawa Ryunosuke.

 

i zgadzam się z tym w całej rozciągłości. Ostatnio jechałam tylko na lekturach, a moje potrzeby poszły w zapomnienie. No i właśnie jestem na 161 stronie książki Wallego Lamba " To wiem na pewno". Wciąga od początku, więc trochę nocki mam zarwane, bo zawsze ciężko mi odłożyć coś, co mnie wessało. Żałuję, że nie zaczęłam całkiem rano, ale próbowałam na siłę tak szydełka, jak i drutów, zamiast wymyślić coś sensownego. 

Justynko, nie mam rumu, ale mam swojej roboty anyżówkę, która rozgrzewa równie dobrze. Tak więc humorek mi dopisuje. W ogóle dziękuję za troskę. Pozdrawiam serdecznie i żegnam się, bo mój nos działa na umysł po złości. Dlaczego ty masz być otwarty, skoro ja jestem zatkany? I oczywiście nic mądrego więcej nie wymyślę.

Trzeba zacząć myśleć o świętach, więc wrzucam duże bombki o średnicy 12 cm.

Bombka nr 1

 

152

 

153

Bombka nr 2

 

154

 

155

Bombka nr 3

 

156

 

157

Bombka nr 4

 

158

 

159

Bombka nr 5

 

160

 

161

Bombka nr 6

 

162

 

163

 

Życzę miłego, zdrowego wieczoru przy ciepłej herbatce.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5